piątek, 7 listopada 2014

Rozdział drugi.

Podnoszę się gwałtownie. 
Ciężko oddycham i automatycznie łapię się za klatkę piersiową. Tak robi chyba każda osoba, która się czegoś lęka? Sen był przerażający i nie mam zamiaru o nim myśleć, gdyż spowoduje on destrukcję mojego dnia. Leniwie wychodzę z okrycia i stąpam gołymi stopami po zimnej podłodze. Powinnyśmy mieć ją ogrzewaną...zdecydowanie. To chyba oczywiste, że pierwsze co zrobię to zmycie brudu jaki czuję na sobie wspominając sen. W zamiarze miałam o nim nie myśleć, prawda? Kim by była Lilly, gdyby się nie przejmowała?
    Kiedy woda oblewa strumieniami moje ciało, skupiam się na wczorajszym wywiadzie. Harry jest intrygującym człowiekiem, to na pewno. Nie rozmawiałam jeszcze z Agnes i jestem w pełni świadoma, że powinnam, a raczej będę musiała streścić jej jak przebiegło to spotkanie. Zdążę jeszcze wysłuchać jej biadolenia w kwestii tego, że świat jest okrutny, gdyż ona przecież bardzo chciała poznać samego prezesa, Styles Enterprises Holdings. Będę musiała wsłuchiwać się w jej jęki wytrwale, a dopiero później opowiedzieć jakie doświadczenie wyłapałam przeprowadzając wywiad z pieprzonym prezesem, STYLES ENTERPRISES HOLDINGS. Nie mam pojęcia o co całe to zamieszanie. Wiem, że musi znajdować się w tym jakieś drugie dno. Chwilę jeszcze stoję zmywając z włosów pianę po szamponie, dopóki nie przypomina mi się to nieszczęsne pytanie...Och, Harris, zabiję cię. Wyskakuję z brodzika na miękki ręcznik i pospiesznie okręcam się nim. Z prędkością światła mocno wkurzona kończę przygotowania i wparowuję do kuchni zastając przyjaciółkę. Uśmiecha się. 
- Hej, zrobiłam to..
- Ty łajzo - krzyczę. 
- Tosty - kończy. - O co ci chodzi? 
- "Jest pan gejem, panie Styles?" - aż wzdrygam się na to pytanie i ponownie czuję zażenowanie. Nie zapomnę nigdy jego przenikliwych tęczówek i rozbawienia. Śmieje się. 
- Mówisz poważnie? - ponownie wybucha śmiechem. Naprawdę nie jest mi do śmiechu, Agg. Przestaje się śmiać, gdy napotyka moje chłodne spojrzenie. - Skarbie, takie pytania są całkowicie naturalne. 
- Nie, kochanie, takie pytania nie mają racji bytu. - warczę 
- Skąd w tobie tyle złości? Wytłumaczę ci o co mi chodziło - wzdycha teatralnie - Przed wywiadem wyszukiwałam w grafice komputerowej jego zdjęć. Na żadnym z nich nie wystąpił z płcią przeciwną. Wydało mi się to podejrzane. 
Mrużę oczy. O nie. On w zupełności nie wygląda na homoseksualistę, ani się tak nie zachowuje. Poza tym odpowiedział na pytanie negatywnie. Wygląda na asertywnego człowieka. 
- Lil?
- Hm? 
- Przez chwilę się zamyśliłaś. - mówi spokojnie - co odpowiedział? 
- Nie 
- Nie jest? 
- Czy właśnie nie to powiedziałam? - irytuję się. 
- Wyluzuj! 
- Upokorzyłaś mnie przed nim do granic możliwości. Czuję się zdekoncentrowana. - przyznaję 
- On ci się podoba, nie? - pyta uśmiechnięta - wzdychałam do niego przez ostatnie tygodnie, gdy przygotowywałam materiał. - wyznaje głośno. Zaczyna się...
- Zawsze chciałam go poznać, to było moje marzenie. Cholerna choroba! Ale cieszę się, że zrobiłaś to za mnie. Przynajmniej mam możliwość oglądać twoje zaróżowione policzki, gdy o nim wspominam.
ŻE CO? Nic się nie odzywam, za to ona kontynuuje. 
- Jaki on jest? Równie przystojny co na zdjęciach? Wydaję się sympatycznym człowiekiem.
Kochana, gdybyś wiedziała... 
- A jak myślisz? - wreszcie się odzywam. - Cholernie przystojny, ale do ckliwości mu daleko. 
- Naprawdę? - jest mocno zdziwiona - Nie spodziewałabym się tego. 
- Ta, ja też nie - mruczę. Mruży oczy spoglądając na zegarek. 
- Na którą masz do pracy. Jest grubo po 10. 
- Cholera, jestem spóźniona. David mnie zabije! 
- Nie zjadłaś śniadania! - krzyczy, kiedy zabieram torbę z kanapy kierując się do drzwi, 
- Zjem na mieście...- czyli jak zawsze. 

***

Spóźniona, spóźniona, cholera znowu. 
Stoję w korku zastanawiając się czy nie wziąć sobie kolejnego dnia wolnego. David zwolniłby mnie z miejsca. Nie chcę go więcej oszukiwać. Odkąd nie zgodziłam się na wyjście z nim, ogrodził się betonowym murem i trzyma mnie na dystans. Dzięki Bogu, że nie zostawił mnie bez pracy, to doszczętnie zniszczyłoby mi życie. Czuję się zniesmaczona myślą, że mój szef na mnie leci. To mocno popieprzone. Odsuwam od siebie tę myśl. To niestosowne, mimo faktu, że jest on jedynie trzy lata starszy. Parkuję samochód i biegiem ruszam do środka królestwa farb. Nie trudno się domyślić. Pracuję w sklepie z farbami i jakkolwiek to brzmi, uwielbiam tę pracę. 
- Lilly! - o cholera.
- David, tak strasznie cię przepraszam - jestem zrozpaczona, a to zawsze na niego działa. 
Wzdycha 
- W porządku - kiwa głową. 
- Poważnie? - doskakuję do niego i zamykam w uścisku. Nieruchomieje. Właściwie nieruchomieje za każdym razem kiedy go dotykam i ta jego reakcja nigdy mi się nie znudzi. Muska palcami delikatnie moją talię i czuję jak zaciąga się zapachem moich włosów. Okej,,,chyba powinniśmy to zakończyć. 
- Pójdę już, co? 
- Ach, tak, jasne - puszcza mnie zakłopotany i odchodzi, Chichoczę na jego nieśmiałość. 
Za ladą stoi Dan, na co szeroko się uśmiecham. Krzywi się spoglądając na mnie. 
- Dzięki ci wielkie - przytula mnie czule. 
- Kazał ci stanąć za ladą? Jest niemożliwy - uśmiecham się do przyjaciela. - Co tu robisz? 
- Nie spotkałaś się ze mną, pomyślałem, że wpadnę. Długo się nie widzieliśmy, Lil - całuje mnie delikatnie w policzek. Rozlega się dzwonek, co może oznaczać tylko fakt, że ktoś wszedł do sklepu. 
- Myślę, że spotkamy się później, jak widzisz nie mam teraz czasu - uśmiecham się słabo i ściskam go po raz ostatni. Unoszę głowę i zamieram. Harry Styles wpatruje się we mnie swoimi hipnotyzującymi zielonymi tęczówkami. Przyglądam się mu zszokowana. 
- Panno Jones, cóż za miła niespodzianka. 
- Panie Styles - szepczę bez tchu. To zdecydowanie zła reakcja. 
- Pan Styles? Harry Styles? - Dan nie wyszedł. Cholera. - O, rany. Ty jesteś ten Harry Styles? Moja przyjaciółka Agnes miała przeprowadzać z tobą wywiad. - uśmiecha się zbyt szeroko. 
- Lilly się wszystkim zajęła, Jest bardzo inteligentną kobietą - rumienię się na ten komplement. Przyglądam się mu uważnie. Ma na sobie obcisłe ciemnie jeansy, koszulkę w serek i czarną marynarkę. Wygląda zupełnie inaczej niż go zapamiętałam. Jest idealny. "Co Ty powiedziałaś?!" - szepcze podświadomość. Zbyt długo koncentruję się nad jego wyglądem. Nawet nie zauważam, że Dan się ze mną żegna, ściskając mnie lekko. 
- Cóż, nic mi o tym nie wiadomo - spogląda na mnie pytająco - No w każdym razie zobaczymy się później, pa Lil. Panie Styles - kiwa mu głową w geście pożegnalnym z lekkim uśmiechem, ale wzrok Harry'ego pozostaje chłodny. 
- Panie? 
- Rain.
- Panie Rain - dalej utrzymuje kamienną twarz. Dzwonek sygnalizuję wyjście na zewnątrz mojego przyjaciela. co oznacza, że zostałam sama z facetem, który doprowadza mnie do szału swoimi gestami i mową...och szczególnie mową. 
- W czym mogę służyć, panie Styles?
- Zwracam się do ciebie po imieniu, oczekuję, że również zaczniesz wdrażać to w naszej rozmowie. - mruczy - Harry. Mam na imię Harry. 
- W porządku, Harry - naciskam. - W czym mogę pomóc?
Uśmiecha się, chociaż w pewnej chwili ujrzałam błysk złości na jego twarzy. 
- Potrzebuję farby - to takie absurdalne...
- W rzeczy samej. Znajdujemy się w sklepie z farbami - skąd we mnie tyle pewności siebie? 
Piorunuję mnie wzrokiem 
- Odcień czerwony - oblewam się rumieńcem, co zauważa i z wyższością się uśmiecha, jakby właśnie taki był jego plan. Czy nie tego się po nim spodziewałam? 
- Mamy różne odcienie czerwieni, pokazać? - mój głos drży i oblewam się rumieńcem...znowu.
- Tak. Proszę prowadzić, panno Jones. - że jak?
- Wydawało mi się, że przeszliśmy na Ty.
- Cóż, złamałem tą regułę. 
- Tędy proszę - mruczę, wskazując drogę, ale się nie ruszam. Unosi brwi z chytrym uśmiechem. 
- Panie przodem. 
No jasne. Idąc w kierunku stoiska z wybranym przez Harry'ego odcieniem czuję się niepewnie. On wypala dziurę w moich plecach. Dlaczego czuję się przy nim tak niepewnie? Kurwa mać. Moje zakłopotanie sięga zenitu. Wskazuję dłonią poszczególne farby i opatruję je konkretną nazwą. Zamyślony spogląda na wszystkie z nich. 
- Co pana sprowadza do naszego sklepu? - pytam, aby podtrzymać rozmowę. Przekręca głowę, spoglądając na mnie zszokowany, ale i niezadowolony. Zapewne z nazwania go panem, ale nic już nie mówi na ten temat. 
- Został mi on polecony - odpowiada dobitnie. - Wezmę dziką czerwień. Pięć razy. 
Dzika czerwień?! 
- Okej... - krępuję się pod jego czujnym spojrzeniem. Czy on może przestać się tak gapić?! 
- Potrzebujesz czegoś jeszcze? - wydaje się osłupiały. Cudownie widzieć reakcje tak zupełnie nie podobną do jego charakteru. 
- Nie wiem. Co proponujesz? - lustruję go wzrokiem. Spina się, co zaskakuje mnie jeszcze bardziej. Czy to nie oczywiste? 
- Kombinezon? - wyrzucam z siebie. 
- Kombinezon? 
- To właśnie powiedziałam - irytuję się, gdy on rzuca mi gniewne spojrzenie - Nie chcesz chyba pobrudzić ubrań? 
- Zawsze mogę je zdjąć - uśmiecha się. Wzrok wbijam w podłogę. Pieprzony dupek!
- Oczywiście wezmę ten kombinezon, nie chcę się pobrudzić.
No i super. Nie dręcz mnie więcej! Wręczam mu niebieskie ubranie robocze, co powoduje, że przez chwilę stykami się opuszkami palców. Chryste, ta elektryczność. Nieruchomieję, ale szybko przywołuję się do porządku i uciekam za ladę. 
- Jak praca nad artykułem? - pyta. Podnoszę wzrok i uśmiecham się z ulgą. Cieszy go ten widok. 
- Agnes Harris pisze artykuł, ja tylko ją zastępowałam z powodu jej choroby. Na pewno świetnie jej idzie. Jest redaktorem naczelnym tej gazety. Była załamana tym, że sama nie mogła przeprowadzić tego wywiadu. Martwi ją jedynie fakt, iż nie poprosiła o żadne zdjęcia. 
- Cóż, jestem w okolicy, być może jutro? - jest całkowicie zamyślony, ale i zdecydowany. 
- Sesja zdjęciowa?  - kiwa głową na zgodę. 
- Agg będzie zachwycona. Znam dobrego fotografa - uśmiech nie schodzi mi z twarzy. 
- W porządku - nadal się uśmiecham - Dasz mi znać w sprawie jutra, dobrze? - wyjmuję z portfela wizytówkę - Tu jest numer mojej komórki, zadzwoń
- Jasne 
Ostatecznie wbijam na kasie wszystkie jego zakupy. 
- Razem pięćdziesiąt funtów - mówię - Reklamówkę? 
- Poproszę, Lil - zdrobnienie mojego imienia w jego ustach brzmi zachwycająco i cała drżę. - Zadzwonisz do mnie w sprawie tej sesji, tak? - Tak, do cholery, oczywiście, że zadzwonię 
Kiwam tylko głową. 
- Świetnie. Wobec tego do zobaczenia jutro. - sądząc po jego minie chce coś jeszcze dodać i nie mylę się. 
- Cieszę się, że panna Harris nie mogła przeprowadzić tego wywiadu - zachwycony moją zdumioną miną wychodzi ze sklepu obładowany reklamówką.
    Wbrew wszystkiego, podoba mi się jak jasna cholera...



____________________________________________________


W poprzednim rozdziale wyjaśniłam wyrażenie z gwiazdką* 
Z góry przepraszam, że nie zrobiłam tego od razu, ale zwyczajnie o tym zapomniałam :)

czwartek, 6 listopada 2014

Rozdział pierwszy.

   Tak bardzo jak bym chciała nie daję rady wstać z łóżka. Jest już późno? Nie mam pojęcia, budzik nie dzwoni od godziny, więc zapewne jest wcześniej niż myślałam. Wzdycham i kręcę całym ciałem pod ciepłą kołdrą. Jest zima, a śnieg prószy za oknem. Skąd wiem? Nie wiem, przeczuwam to. To dobry moment na wstanie i zlokalizowanie okna... Być może powinnam wreszcie wstać? Okej, zrywam się szybko do pozycji siedzącej. Ale to nie śnieg za oknem każe mi to zrobić, lecz moje drzwi, które zwyczajnie się otworzyły. Mój lęk się oczywiście powiększył, ale uspokajam się, gdy widzę moją współlokatorkę, a właściwie przyjaciółkę. Agnes. Moja kochana Agg z termometrem pomiędzy zębami, w za dużej pidżamie i ogromnych pluszowych kapciach z wizerunkiem tygryska. Ręce ma zajęte. W jednej trzyma zapewne gorące kakao, które uwielbia, a w drugiej paczuszkę z lekami. Z powrotem układam się na łóżku, gdy jęczy z protestem. 
- Jeżeli mocniej ściśniesz zębami termometr...on pęknie, a rtęć wleci ci do buzi powodując śmierć.- mówię ze stoickim spokojem. Piszczy głośno i słyszę jak termometr upada na podłogę. Chichoczę cicho. 
- Cholera, Lil. - krzyczy zachrypniętym głosem. No, nie brzmi to najlepiej. - Przestraszyłaś mnie! Przecież jest elektryczny, głupku. 
- Dałaś się nabrać - śmieję się. 
- Owszem...ale to nie zmienia faktu, że chorego nie powinniśmy wykorzystywać do sprawienia sobie wesołego ranka. 
Jęczę.
- Ranka? 
- Jest 9
- 9?! 
- Wiem, że nastawiłaś budzik na 11, ale musisz wstać. Jak widzisz jestem chora, co oznacza, że nie dam rady przeprowadzić tego wywiadu ze Styles'em. 
O cholera, tylko nie to. 
- Pomyślałam, że mogłabyś mi pomóc. - mówi niepewnie - Mam przygotowane pytania, to nie takie trudne na jakie się wydaję. 
- Agg? 
- Hmm? 
- Prószy śnieg? - przymykam oczy oczekując odpowiedzi. 
- Jasne, jest cudownie, nienawidzę tego dnia jeszcze bardziej. 
Uśmiecham się mimowolnie. Idealny początek dnia. 
- Pójdę przeprowadzić ten wywiad. 
- Naprawdę? - piszczy - Kocham cię, Lil, wiesz o tym prawda? 
Jasne, że wiem. A czego nie wiem? Nie wiem na co się piszę. Owszem, zgodziłam się na ten wywiad, ale przecież dalej mam wątpliwości. Nigdy nie przeprowadzałam wywiadu, szczególnie wywiadu z facetem, który jest właścicielem każdego pieprzonego wieżowca w Londynie. Agg wybiera mi zestaw ubrań, co jeszcze bardziej mnie przytłacza. Dzióbię widelcem we właściwie przepysznej jajecznicy. Straciłam apetyt i pocą mi się ręce. Jestem zwyczajnie zdestabilizowana.
- Zjadłaś? Już mam komplet! - krzyczy z sąsiedniego pokoju. 
- Właściwie to nie, nie zjadłam... 
Nie słyszę odpowiedzi, za to jej głowa wyłania się powoli i spogląda na mnie zakłopotana. 
- Wszystko w porządku? Mam nadzieję, że nie zmieniłaś zdania. Bardzo mi na tym zależy. 
- Jasne, że nie. Myślę, że po prostu troszkę się denerwuję. 
- Hej, to nic złego, ja zawsze się denerwuję... - patrzę na nią z ukosa. - No dobra, może nie zawsze, ale przyzwyczaiłam się, okej? To.Nic.Złego. 
- Okej, zrozumiałam - krzywię się lekko. Wcale mnie nie pocieszyła. - Zjem na mieście, pokaż co masz. 
Uśmiecha się szeroko i ciągnie mnie do sypialni. Oczy mam zamknięte, nie wiem czego się spodziewać. Oby nie spódnica, oby nie spódnica. Otwieram jedno oko...
A jednak spódnica, opadam z sił. 
- Och, daj spokój. 
- Zrobię to tylko dlatego, że wypada. Gdzie dokładnie jest ten wywiad? 
- One Canada Square*, wiesz gdzie? 
- Jasne, że wiem, studiowałam każdy wieżowiec w Londynie. - prycham.
- No, dobra, "wszystko wiedząca". Leć już, nie zapomnij czegoś zjeść. 
- Cholera, miałam się spotkać z Dan'em. - uderzam się w czoło. Nim się obejrzę Agg wypycha mnie za drzwi. 
- Ja się z nim spotkam. Pa!

***

Parkuję mój samochód pod One Canada Square i gaszę silnik wzdychając. Korki spowodowały zwiększenie czasu na przemyślenia, a raczej zanik mojego poddenerwowania. Wysiadam z samochodu i zamykając go rozglądam się powoli spoglądając na panoramę, a następnie znowu na mój samochód. Śmieję się w duchu. Mój to rzęch w porównaniu z tymi, które stoją centralnie pod budynkiem. Nie powinnam się tym przejmować i wcale tego nie robię. Ta sytuacja bawi mnie do tego stopnia, że uśmiecham się jak głupia nie zauważając ludzi, którzy spoglądają to na mnie, to na mój samochód, przy którym dalej bezcelowo stoję. Ta chwila przestaje mnie bawić i schylam głowę rumieniąc się. Chyba czas ruszyć do środka. 
    Przy szklanych rozsuwających się drzwiach widnieje metalowa plakietka z nazwą firmy wypisaną w złotym kolorze. Styles Enterprises Holdings. To zapiera dech w piersiach, ale przestaję się wreszcie na to gapić i odsyłam siebie do windy, na którą chwilę czekam. Drzwi rozsuwają się i wychodzi z nich dwóch facetów w dopasowanych garniturach. Czuję się jak intruz, mimo, że jestem ubrana w elegancką szarą ołówkową spódnicę i wpuszczoną w nią beżową bluzkę. Spoglądają na mnie uśmiechając się szczerze. Nie zwracając na nich dłużej uwagi wchodzę do windy ruszając na wyznaczone piętro. Spotykam się tam jedynie z brunetkami poruszającymi się w szybkim tempie. Cholera, zaczęłam się stresować na nowo. Recepcjonistka, która również posiada ciemny kolor włosów wychodzi za lady i uśmiecha się pokrzepiająco, widząc moją zrezygnowaną minę. 
- Pani? 
- Jones. Lilly Jones. 
- Przepraszam, ale nie mam tego nazwiska na liście... - udaje skruchę. 
- Jestem w zastępstwie za Agnes Harris. 
- Ach, tak. Wywiad? - kiwam głową, zgadzając się. - Proszę za mną. 
I oczywiście kieruję się za nią, chociaż bardzo bym chciała zostać i nie ruszać się z miejsca. Stajemy przed jeszcze większymi drzwiami niż wejściowe. Tym razem są one z ciemnego drewna co idealnie komponuje z jasnym kolorem ścian. Otwiera przede mną masywne drzwi ukazując kolosalne biuro, po czym w szybkim tempie je opuszcza, pozostawiając mnie na pastwę losu. Postać stoi do mnie odwrócona, więc przyglądam się jego idealnej sylwetce. 
- Nie mam zbyt wiele czasu na jakieś absurdalne wywiady, więc proszę się streszczać - jego ton głosu jest chłodny, ale i profesjonalny. Wzdrygam się lekko i przymykam oczy. Kiedy już je otwieram stoi odwrócony do mnie przodem i mruży oczy. 
- Dzień dobry - mówię cicho i odkaszluję. Jestem do tego stopnia onieśmielona, że spuszczam głowę jak dziecko, które dostało opieprz i rumienię się znacznie. 
Unoszę głowę napotykając ciemne oczy Prezesa, Styles Enterprises Holdings. Są przerażające. 
- Harry Styles - wyciąga dłoń uśmiechając się. O rany, uśmiecha się! 
- Lilly Jones - odpowiadam ujmując jego wybitnie dużą dłoń. Mruży oczy. 
- Słucham? Wywiad miała przeprowadzać Pani Agnes Harris...Osobiście się z nią kontaktowałem.
- Niestety nie mogła przybyć, gdyż zachorowała - trochę się jąkam i wyklinam samą siebie za to zachowanie - Poprosiła mnie, abym ją zastąpiła. 
- W porządku. Zaczynajmy. - wskazuję skórzaną sofę na przeciw konkretnej wielkości okna widokowego. 
- Piękny widok - ośmielam się powiedzieć. Spogląda na mnie zamyślony, nim odpowiada. 
- Tak, to prawda. Zaczynajmy. - powtarza drugi raz z kolei, a ja ze wstydu zanurzam wzrok w swoich kartkach. 
- Tak, zaczynajmy. Mam kilka pytań, panie Styles. 
- Tego właśnie oczekiwałem - rzuca cierpko. Jezu, okej. Prostuję się i przywołuję do porządku. Marszczę brwi zerkając do notatek. 
- Jest pan bardzo młody jak na osobę, której udało się stworzyć takie imperium. Czemu zawdzięcza pan swój sukces? - wygląda na rozczarowanego, ale odpowiada na pytanie. Opowiada o swoich zaufanych pracownikach, przechwala się faktem, iż jest genialny w tym co robi. Właściwie kończy na tym, iż potrzebny jest odpowiedni zespół, a on potrafi wyczuć czy ktoś się do tego nadaję. 
- A może ma pan po prostu szczęście? - mówię cicho. 
Irytuję się i gromi mnie wzrokiem. Och. -Widać, że lubi pan rządzić - mówię szczerzę 
- Sprawuję kontrolę we wszystkich dziedzinach życia, panno Jones. - moje oczy robią się wielkie i momentalnie oblewam się tym szkarłatnym rumieńcem, którego nienawidzę.
- Nawiasem mówiąc - kontynuuję - gdy przekonasz samego siebie, iż urodziłeś się po to, aby sprawować kontrolę, zdobywasz ogromną władzę. 
- Uważa pan, że ma ogromną władzę? - pytam łagodnie. 
- Mam czterdzieści tysięcy pracowników. Zapewnia mi to dodatkowe poczucie odpowiedzialności. Gdybym stwierdził, że nie interesuje mnie już jakakolwiek część firmy i sprzedałbym ją po miesiącu dwadzieścia tysięcy ludzi miałoby problem ze spłatą hipoteki - jego słowa powodują, że moje usta otwierają się mimowolnie. Kończę temat. 
- Ma pan jakieś zainteresowania poza pracą? 
- Różnorodne - uśmiecha się tajemniczo, a ja znowu przybieram różowego koloru na policzkach. Unoszę głowę napotykając jego spojrzenie. Ośmielam przyjrzeć się dokładnie jego twarzy i stwierdzić, że jest diabelnie przystojny. Przez ciało przebiega przyjemny dreszcz, który zauważa. Cholera. Cholera. Cholera. 
- Ciężko pan pracuje, więc co pan robi, żeby się zrelaksować? 
- Zrelaksować? 
- Tak, zrelaksować - tym razem to ja się irytuję, a w zamian za to dostaję od niego piorunujące spojrzenie. Wygląda jakby chciał mi dużo powiedzieć, ale nie robi tego. 
- Żegluję i latam. 
- Inwestuje pan także w technologie rolnicze. 
- To nie jest pytanie - warczy. WYLUZUJ, 
- Skąd zainteresowanie tą branżą? - mówię cichutko, jakby zaraz miał mnie zbesztać. 
- Zbyt wiele ludzi na tej planecie jest niedożywionych. Nie da się zjeść pieniędzy panno Jones.
- Bardzo altruistyczne podejście. Czy to jest właśnie pańska pasja? Nakarmienie biednych? 
- To całkiem niezły biznes - twarz ma kamienną, wygląda jakby coś sobie wyobrażał. 
- Czy musi pan poświęcać dla pracy życie rodzinne? 
- Nie interesuje mnie powiększenie rodziny... 
- Jest pan gejem, panie Styles? - O,Mój.Boże. Agg, zabiję cię, zabiję cię gołymi rękami! Wygląda na rozbawionego, ale i zaskoczonego jednocześnie. Jestem zażenowana do granic możliwości...
- Nie, Lilly, nie jestem - użył mojego imienia, co sprawiło, że zarumieniłam się po raz kolejny tego dnia. 
- Przepraszam, ee.. to nie są moje pytanie. Tworzyła je Agg...Agnes, cholera, panna Harris. 
Śmieję się głośno. Przepraszam ponownie. Już bardziej zażenowana być nie mogę... 
Do pokoju wchodzi recepcjonistka, która wcześniej mnie tu wpuściła. 
- Panie Styles, przepraszam, że przeszkadzam, ale na dwie minuty ma pan kolejne spotkanie. 
Dziewczyna waha się, ale gdy widzi groźnie spojrzenie, które rzuca jej Styles, wycofuje się. 
- Na czym skończyliśmy? - pyta 
- Nie chcę panu przeszkadzać, będę się zbierała - wstaję powoli - Dziękuję za rozmowę, panie Styles. 
- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiada. - Odprowadzę panią.
- Jest pan bardzo uprzejmy - warczę, ku zdziwieniu. Uśmiecha się szeroko. Przywołuję kolejną brunetkę, która przynosi mój płaszcz. Odbiera go i wsuwa na moje ramiona dotykając skóry na karku. Nieruchomieję i odczuwam elektryczność. Duszę się i dłużej tu nie wytrzymam. Drzwi się rozsuwają. Wsiadam pospiesznie do windy i odwracam się w jego stronę. 
- Lilly - mówi tytułem pożegnania. 
Decyduję się na coś, czego nie wypowiedziałam, aż do teraz 
- Do widzenia, Harry - szepczę i drzwi windy zamykają się pozostawiając mnie w osłupieniu. Oddycham gwałtownie i stwierdzam, że jeszcze nigdy tak bardzo nie irytowała mnie muzyka grająca w tle.


___________________________________________________________

One Canada Square* - wieżowiec w Londynie, drugi pod względem wysokości budynek w Wielkiej Brytanii




Shades Of Styles

Witam!

Na wstępie chciałabym zaznaczyć dlaczego w ogóle wzięłam się za pisanie Fanfiction. Otóż zauważyłam, że popularne są opowiadania z chłopakami z zespołu One Direction, którzy przybierają raczej maski tych złych chłopców wpadających w tarapaty. Postanowiłam stworzyć coś na tą skalę. Zaznaczam, że moje opowiadanie będzie podobne do:

50 Shades Of Grey

Jak już zauważyliście tytuł jest adekwatny do trylogii. Spotkam się pewnie z negatywnymi komentarzami, typu, "fakt, że nie potrafię stworzyć nic co będzie moje", ale zapewniam grono tych osób, że nikt nie każe wam czytać mojego opowiadania. Mam nadzieję, że licznej grupie spodoba się to co tworzę, mimo faktu, że powstaje mnóstwo takich Fanfiction.

Uznałam, że trailer nie będzie nam potrzebny, a raczej nie będzie potrzebny mi, gdyż nawet nie potrafię go stworzyć XD 
Każdy powinien mieć ten obraz w wyobraźni, bo przecież nikt do książki nie dorzuca nam filmiku poprzedzającego treść :)


UWAGA AUTORA: TREŚĆ FANFICTION NIE JEST PRZEZNACZONA DLA OSÓB PONIŻEJ 16 ROKU ŻYCIA. CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ!